poniedziałek, 21 listopada 2011

Hłuboczek koło Równego. Ryszard Czeszejko-Sochacki.

Udało mi się odszukać w domu książeczkę pt. "Smutne niebo od Wołynia do Wrocławia" autorstwa Ryszarda Czeszejko-Sochackiego. Pozwoliłam sobie przytoczyć z niej fragmenty z rozdziału "Nasza ucieczka z Wołynia" :

 "   Wołyniacy żyli skromnie i dostatnio, tak jak w powiedzeniu staropolskim, boso ale w ostrogach. Tempo życia wolne, tak jak powolne było przemieszczanie się ludzi konno lub na rowerach. Posiadanie takiego środka lokomocji świadczyło o tym, że ludzie byli mobilni. W ciepłych porach roku furmanki, bryczki, zimą pospolite sanie snieżne. Wieści dobre i złe również szybko rozchodziły się po okolicy. Większość czasu ludzie spędzali przy swoich codziennych obowiązkach, przeważnie na uprawianiu roli.
    Każdy posiadający nawet nie dużo ziemi, był w stanie utrzymać rodzinę, lub utrzymywał się z pracy rzemieślniczej.
Dominował przemysł rolno-spożywczy: młyny, kaszarnie, olejarnie, mleczarnie, cukrownie i browary. W czołówce były zawody: kowala, kołodzieja, stolarza, szewca, drwala itp., każdy pracujący w swoim fachu czuł się dowartościowany. Istniała duża chłonność rynku: Przy niedużym wysiłku ludzie mogli zaspokoić szybciej swoje potrzeby życiowe: najszczęśliwsi byli ci którzy mieli dużo pracy. Grupy ludzi nie mających zajęcia przeistaczały się w pasożytów szukających lekkiego chleba, i pracy dorywczej.
    Stara zasada, która przetrwała do dziś, brzmiała: Dlaczego biedny? Bo głupi, niezaradny. A dlaczego głupi i niezaradny? Bo biedny. Był czas na pracę, rozrywkę i bale salonowe, modne były między chutorami - tak nazwano osady, domy rodzin biedniejszych, jak i dworki czy pałace zamożniejszych. W odróżnieniu od ruskich zwyczajów, że to jest sioło inaczej wieś, domów nie budowano w rzędzie lub dwurzędzie, lecz pojedyńczo. W rodzinach zamożniejszych była zawsze służba, parobek do koni, kucharka, niańka lub nauczycielka.
    Pory roku przebiegały zgodnie z naturą, a gdy nastała zima była zawsze bajeczna od pierwszego opadu śniegu aż do roztopów. Na dzieci czekały walonki - sztywne filcowe obuwie, na które nakładało się kalosze. Walonki zapamiętałem, bo w nich przyjechałem na zachód, gdy uciekaliśmy przed Ukraińcami. Trepy używane były wyłącznie do chodzenia w stajni, było to też obuwie więzienne, takie były reguły.
    Kobiety na wysokości brzucha nosiły mufki zamiast rękawic. Wyglądało to bardzo śmiesznie. Kamizelki, fraki, spodnie na szelkach i różne szczegóły zostały tylko na zdjęciach rodzinnych.  Sprzęt zimowy, sanie o różnych kształtach, uprząż konna z dzwonkami i ozdobami element zimowego okresu, jak choinka na Boże Narodzenie.
    Z nadejściem przedwiośnia topniały śniegi. Przylaszczki i śnieżyczki z fiołkami zwiastowały nadejście wiosny.
    Młyny wodne pracowały na pełnych obrotach, dziadek mój prowadził przemiał mąki nie tylko Ukraińcom. Częstymi klientami bywali- Żydzi, którzy handlowali zbożem. Z opowiadań rodziców powtórzę przypadek kupna ziemi przylegającej do młyna i stanowiącej jeden kompleks z zabudowaniami dziadka. Łąkę trzeba było kupić od Żyda, który podbijał cenę, znając zamiary dziadka. Stanęło na tym, że musi zapłacić czapkę złotych monet. Dziadek złote pięcio i dziesięciorublówki ciężko zarobione przekazał Żydowi, lecz ziemią już się nie nacieszył.
    Po niedługim czasie banderowcy odebrali wszystko, dziadka zamordowali. Nie wiadomo, co z Żydem, zapewne wylądował gdzieś w hitlerowskiej komorze gazowej, chyba, że był w stanie za to złoto wykupić się.
 Wujek Władysław Gruszecki [...] opowiadał mi swój przypadek. Będąc na Wołyniu, nosił przy sobie pieniądze w złotych monetach. Kieszeń w spodniach była najmniej odpowiednim miejscem na te monety, ponieważ brzęczały przy każdym ruchu, a co gorsze istniała ciągła obawa, że się pogubią. Żydzi doradzili mu aby gotówkę ulokował w banku. Zapewniali, że w każdej chwili z banku można wszystko podjąć. Już wtedy budowano marmurowe Inwest Banki z dywanami i mosiężnymi ozdobami. Uczynił tak, jak mu poradzili.
Krótko przed wybuchem wojny udał się ponownie do banku po zwrot. Wówczas panowie bankierzy pokazali mu kółka na czole. Niestety złota już nie odzyskał.
    Ojciec mój był leśniczym w Hłuboczku koło Równego. Z lasu do domu wracał smutny i zadumany. Rozmyślał dużo nad problemem wyzwalającej się coraz bardziej nienawiści ze strony Ukraińców.
    W lesie pracowało dużo Ukraińców, drzewo z lasu zaczęło coraz bardziej ginąć, mimo znacznej tolerancji i mimo wydawania przydziałów. Był to wymowny znak, że większość ukraińska zaczynała przyjmować wrogie postawy w stosunku do Polaków.
    Ojciec obserwował w lesie barbarzyństwo, gdy Ukraińcy nagminnie zaczęli kaleczyć drzewa, szczególnie wiosną ściągali z brzóz soki używając ich do picia i do kąpieli. Okaleczone drzewa łzawiły przez całe przedwiośnie i dopiero z końcem wiosny ich rany zasklepiały się." [s.16-19]

Gdzie znaleźć Hłuboczek? - pod tym linkiem - http://wolyn.ovh.org/opisy/hluboczek-08.html


W następnej mojej notce będę chciała poruszyć problem "świadectw" i ocenę relacji "granicznych" z którymi trudno się czasami badaczowi zgodzić, a które muszą mieć pozycje uprzywilejowaną w naszym historycznym dyskursie.

3 komentarze:

  1. 11 lipca 2012 mija 69 lat od dokonanych mordóerstw na Polakach przez nacjonalistyczne ukraińskie bandy OUN-UPA.
    Ukraińcy do tej pory nie poczuwają się do winy za te morderstwa i chwalą się Samostiejną Ukrainą.
    Mordy były masowe, okrutne dokonywane na wszytskich od niemowlęcia do starca. Celem ich była całkowita zagłada ludności polskiej.
    Mordowano w województwie poleskim, wołyńskim, tarnopolskim, stanisławowskim, lwowskim, lubelskim i rzeszowskim.
    Mordowano w latach 1939 - 1947 ponad milion ludności cywilnej, w tym kilkaset tysięcy dzieci i ponad 200 osób duchownych,
    księży, zakonników i zakonnic najczęściej w kościołach podczas odprawiania Mszy Świętej.

    OdpowiedzUsuń
  2. Fakty, że w latach 1939-1946 nie byo żadnej wojny między Polakami a Ukraińcami a był to jedynie zaplanowane morderstwa bezbronnej ludności polskiej, która nie posiadała żadnej siły zbrojnej jedynie obronnej, a morderstwa były dokonywane "Prowydu" ukraińskiego akceptowae przez Adolfa Hitlera.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pamięć o tych mordach będzie w naszej pamięci do końca życia. W pamięci ojca koszmar dzieciństwa pozostanie już do końca jego dni... rzeź Polaków na Wołyniu, ucieczka z matką i siostrą przed śmiercią w ostatniej chwili, śmierć ojca (mojego dziadka) w obronie Warszawy...przekazaliśmy tą historię także naszym dzieciom, aby na lekcjach historii mogły opowiedzieć prawdę, bo PRAWDA JEST JEDNA I NIE DA SIĘ JEJ NICZYM ZATUSZOWAĆ!

    OdpowiedzUsuń